wtorek, 26 listopada 2013

Prolog

Ciche skrobanie pióra po pergaminie.
Ciche, cichutkie.
Nie chcące wyróżnić się niczym. I dobrze. Czyste formalności...
Liewenth przyglądał się swojemu niewolnikowi zapisującemu to co mu kazał zapisać.
Kilka nazwisk. Nic wielkiego.
Czyste formalności...
Miał już dość tego miejsca. Po dziurki w nosie. Chciał stąd uciec, wydrzeć się z tego przeklętego, zamkniętego pod ziemią...
-Wydajesz się poddenerwowany, słoneczko.
Mimo tego, jak bardzo nienawidził jej przesłodkiego niczym jad żmii głosu... Pozwolił sobie na przelotny uśmiech. Słoneczko. Naprawdę, ciekawszego określenia wybrać nie mogła?
-Powiedzmy, że panuje tu u was w Podziemiu straszny zaduch. Brak świeżego powietrza. Widoku nocnego nieba. Uparty brak okien.
-Piękniejsze kobiety i niewolnicy pachnący świeżością, a nie krwią i strachem.
-Mam odmienne zdanie.
-Odnośnie kobiet?
-Nie. Odnośnie zapachów.
Odwrócił się do kobiety. Ta siedziała w jednym z foteli, z nogą na nodze. Fioletowa cera. Nie znał się na kolorach, więc uznał, że nazwanie jej fioletową będzie w sam raz.
Cóż...
Choćby bardzo chciał, nie mógł odmówić jej urody. Białe włosy, splątane w warkoczyki zakończone metalowymi ozdóbkami przypominającymi pazury. Jej ubranie więcej odsłaniało, niż zakrywało i jedynie podkreślało kobiece wdzięki. Ta ich mania łańcuszków, kolczyków i jedwabi. Przyjrzał się jej tatuażom, w tym temu okalającemu ozdobiony czerwonym kryształem pępek. Jak gdyby czarne słońce...
Musiała to dostrzec sądząc po tym, że jej dłoń, niby przypadkiem zjechała po jej brzuchu, pełznąc niżej, aż do...
-W każdym razie...
Mruknął, wracając spojrzeniem do swojego niewolnika. Ten schował pióro i pochylił głowę, na znak, że już skończył.
-Masz tu wszystkie informacje. Kto, kiedy, w jakich okolicznościach. Wybierz dobrych zabójców, bo inaczej nici z naszego planu.
-Mam kogoś, kto Cię zainteresuje.
-Kogoś. Jedną personę?
Odwrócił się do niej zaciekawiony.
-Zgadza się. Straaaszny dupek. Polubicie się.
Jej uśmiech był tak serdeczny, że nawet przez chwilę nie mógł zwątpić w jego nieszczerość.
-Ah... Zwie się?
-Tortun.
-Jakieś nazwisko?
-A po co?
Kobieta zaśmiała się cicho i zaraz uniosła kieliszek do ust, nie odrywając od swego rozmówcy wzroku.
-Wy wampiry jesteście tak słodcy... Tak bardzo uwielbiacie zaznaczać, że wszyscy jesteście braćmi nocy, a mordujecie się jak popadnie. Drowki nie bawią się w hipokryzję my oficjalnie nigdy nie mówimy o sobie jako jednej, wielkiej, dziwnej rodzince.
-Za to uważacie się za najbardziej cywilizowaną rasę wśród wszystkich. A nawet my wampiry ustępujemy wam pod względem dewiacji.
-Mój drogi... Jedyne co w Podziemiu mogło by uchodzić za dewiację to kochanie się, bez bólu, krwi i śmierci, za to namiętnie, czule i przyjemnie dla... obu stron.
Liewenth nie był pewien, czy nie jest to propozycja. Jednak...
-Wracając do Tortuna...
Uciął. To czyste formalności.
-Kim on jest tak właściwie?
Kobieta uśmiechnęła się. W jej ciemnych oczach zagrały iskierki.
-Kimś kogo potrzebujesz.
-A kogo potrzebuję?
Uśmiech poszerzył się.
-Z tego co wiem, Bractwo jakie trudniło się polowaniem na wampiry, nie istnieje już dobre dziesięć lat, prawda?
Mężczyzna skinął głową. Poprawił kosmyk kruczych włosów.
-Dwanaście i pół.
-Tortun to ktoś... Kto nosi ich habit, broń i miecz.
-Jeden z nich? Człowiek?
Zaśmiała się.
-Kiedyś pewnie nim był. Sama nie wiem o nim za dużo...-przyznała niechętnie, przyglądając się swojemu... wspólnikowi.-Jeśli mu wierzyć... To szukał wyzwania. A co dla wampira mogło by być większym wyzwaniem niż unicestwienie Bractwa i upojenia krwią jego mistrza? A gdy już udowodnił sam sobie, że nie ma mu równych... Czemu nie miałby zacząć na tym zarabiać?
-Jest bardzo drogi?
-Tylko odrobinę mniej niż jest skuteczny. Daj mu rabat w paru twoich burdelach to wszystko Ci się zwróci. To mężczyzna prostych potrzeb. Jak sam mawia: Krwi i tyłeczków.
-Pierwszy raz słyszę o wampirze o tak niskich ambicjach.
-A ja pierwszy raz słyszę o wampirze który dopiął swych ambicji. A potem stał tak bardzo ludzki... Oto i twój przyszły podwładny.
Nastała chwila ciszy. Wampir analizował w myślach jak bardzo został obrażony. Bo w to, że został, nie wątpił ani chwili.
-Postaraj się wywiązać i ze swojej części umowy, wiedźmo.
-Oczywiście, słoneczko. Oczywiście. Więc teraz Liewenth? Masz zamiar umknąć już, czy... Może przypieczętujemy kolejny krok naszej umowy?
Jej uśmiech był ostry niczym bicz. I równie kuszący. Zastanawiał się...
-Nearti?
-Taaak słoneczko?
-Masz tu pewnie jakieś lochy?
-Nareszcie jakiś wampir z odrobiną fantazji.
Liewenth pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Zapowiadało się przyjemne zakończenie...
Tych czystych formalności.