Kylen obrócił się powoli słysząc jak ktoś wykrzykuje jego nazwisko.
Dzień był upalny, pot błyszczał na jego policzkach, a on sam wiedział, że pewnie jest czerwony jak burak od wysiłku.
-Bres, ty kretynie!
Zawołał znów ktoś zmierzający w jego stronę. Mężczyzna w... habicie, z kapturem na głowie tak zaciągniętym, że nie widać było nawet czubka nosa.
Tylko jedna osoba mogła nosić się w taki upał z mieczem u boku, rękawicami i wysokimi butami.
Habit przybysza był tak pocięty, by nie krępował ruchów i łatwo można było sięgnąć do tego, co było pod nim.
Broni oczywiście.
Bo sam miecz o wąskim, zakrzywionym ostrzu to za mało dla takich jak tamten.
-Witaj Tortun...
Odpowiedział mu Kylen. Pochylił się, by nabrać w dłoni wody z wiadra. Ochlapał nimi swoją twarz i poklepał policzki. Zaraz zanurzył dłoń w wodzie jeszcze raz i pod upięty z tyłu kuc czarnych włosów, przyłożył mokrą dłoń do karku. Ulga była niewielka. Zawsze jakaś.
-Co Cię sprowadza?
Klapnął na tyłku na suchej, ostrej trawie, jaka cały czas wzbijała mu się w bose stopy.
-Jak mi powiedzieli, że znajdę takiego szlachetkę jak ty samotnego w wiejskiej chatce, to roześmiałem się informatorowi w twarz.
-Nie wątpię.
Mruknął ciemnowłosy i uśmiechnął się. Szczerze i serdecznie.
-Zgaduję jednak, że...
-Dobrze zgadujesz. Nie tu, chodźmy do chaty. Mam dość tego kaptura.
Kylen zebrał się powoli z ziemi. Już chciał sięgnąć po wiadro, ale Tortun chwycił je i podniósł, jakby to był puch. A wiadro było spore i cholernie ciężkie.
Weszli do środka. Gospodarz natychmiast zasunął okiennice i w pomieszczeniu zapanował półmrok. Tortun zaraz odstawił wiadro w kuchni i ściągnął kaptur.
-Jak ja się cieszę na widok twej paskudnej twarzy przyjacielu.
Fakt... Mężczyzna w habicie nie należał do najpiękniejszych z aparycji. Pokryta bliznami twarz, blada cera, nos jaki pewnie nie raz był złamany. Ciemne brąz oczy błyszczały jakąś żywą, nie pasującą do reszty siłą. Dzikością wręcz.
Kylan wiedział skąd się ona brała.
Wampir miał rozczochrane, brąz włosy, źle przystrzyżone. Ogolony. Stanowił całkowite przeciwieństwo pełnego ogłady, pedantycznego stereotypowego krwiopijcy. Pod wieloma względami.
-Co Cię sprowadza?
-Wyjeżdżam.
-O... Dokąd?
-Ashrid Fer.
Kylan skrzywił się mimowolnie. O tym miejscu słyszał już dość.
-Ja wiem, że twoja pasja jest nie do zaspokojenia, ale...
-Firman poprosił bym przyjął to zlecenie. Coś się szykuje. Chciałby wiedzieć co.
-I? Masz zamiar ryzykować życiem dla tego starca?
-Kiedy wy się pogodzicie, co?
Ciemnowłosy machnął ręką. Potarł brodą zastanawiając się nad tym wszystkim...
-Zostaję. W kraju jest już i tak wystarczająco wiele problemów.
-Zostań... Potrzebuję tu kogoś zaufanego. Ashird Fer to takie śmieszne miejsce... Wszystko co zdarzy się tam, zostaje tam... Ale czasem jak wypływa z stamtąd jakiś syf...
-Wiem wiem. Ktoś musi go wtedy ogarnąć.
-A że we wszystko na dodatek wplątane są drowy...
-O...
-Oj tam... Parę fioletowych tyłeczków mi nie strasznych. Z resztą, tym ma się zająć Junior.
-Młody Firman? A to ciekawostka.
-Ano... Jego ojciec nie był zachwycony, ale to młodego nie powstrzyma. Chce zaznać trochę życia i ryzyka.
-Pamiętając jak ostatni raz na tym wyszliśmy... Nie będę narzekać.
-A to ciekawe... Myślałem, że nic innego nie potrafisz.
Zaśmiał się Tortun, po czym naciągnął kaptur na głowę.
-Za kilka dni mam statek.
-A ja wrócę do miasta i będę uważał. A chciałem przeczekać te cholerne upały tutaj...
-Jeszcze zatęsknisz za latem. Bywaj kretynie.
-Bywaj przyjacielu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz